Historia: Jak co igrzyska, tak samo

Co cztery lata, a właściwie co dwa uwzględniając igrzyska letnie i zimowe, sytuacja powtarza się. Polacy oczekują worka medali, a okazuje się, że medali brakuje, kolejne dni upływają, a „Biało-czerwoni” powolnie uzupełniają konto medalowe. Złość i zniecierpliwienie mieszają się z obelgami, wyzwiskami i oskarżeniami, że „za pieniądze podatników utrzymujemy turystów, a nie sportowców”. W mediach pojawiają się próby diagnozy sytuacji, szukania winnych i szacowania kosztów przygotowań. Po igrzyskach, gdy emocje opadną, wszyscy zapominają o sprawie aż do następnych igrzysk. Dokładnie taki scenariusz przeżyliśmy podczas zimowych igrzysk w Pjongczangu w 2018 r.

Przeciętny Polak nie interesuje się sportem tak wnikliwie, aby realnie ocenić szanse naszych reprezentantów na medale, ale sukcesów oczekuje, bo przecież sportowcy są utrzymywani „z podatków, z naszych pieniędzy”. W Pjongczangu irytacja kibiców narastała z każdym dniem aż do pierwszego medalu. Atmosferę trochę podgrzewały mediach pisząc, że zawodnik X, czy Y „walczy o medal” albo pytając „Czy Polacy zdobędą dzisiaj (pierwszy) medal?”. W takim wyczekiwaniu łatwo o irracjonalne i emocjonalne wpisy i komentarze. Tymczasem mało kto przypominał, że tak naprawdę w Pjongczangu realne szanse na medal mieli tylko polscy skoczkowie! Na podium Pucharu Świata w sezonie olimpijskim wchodzili skoczkowie i jeden raz Artur Waś (nie czuję, gdy rymuję). Wprawdzie media chętnie kreowały na potencjalnych medalistów Justynę Kowalczyk, Weronikę Nowakowską i drużynę panczenistek, ale żadne obiektywne przesłanki nie wskazywały na ich medalowe szanse!!!! Oczywiście, wymienieni sportowcy mogli „powalczyć o medal”, ale nie byli to tacy kandydaci do olimpijskich krążków, jak skoczkowie. Przecież Justyna Kowalczyk ostatni raz na podium Pucharu Świata stanęła rok wcześniej, gdy na próbie przedolimpijskiej zabrakło całej światowej czołówki. Autorski plan przygotowań nie przyniósł sukcesu w poprzednim roku podczas mistrzostw świata w Lahti 2017. Zresztą sama Kowalczyk podkreślała, że zdrowie i forma nie są już takie, jak przed laty, a napór nowych i młodych biegaczek coraz bardziej silniejszy. Weronika Nowakowska w sprincie w Oberhofie była 6., a w biegu pościgowym 4., ale w pozostałych dziesięciu startach zajmowała miejsce poza czołową „dziesiątką”. Drużyna panczenistek też omijała pucharowe podium.

Z drugiej jednak strony, media niekiedy przesadzały z wychwalaniem wątpliwych sukcesów polskich sportowców. Gdy Grzegorz Guzik zajął w sprincie 59. miejsce, co dawało mu awans do biegu pościgowego, komentujący w TVP Piotr Sobczyński emocjonował się mówiąc „no to wspaniale (…) no to pięknie” i podkreślał, że Polak w tej konkurencji zajął w Soczi odległe 87. miejsce, a więc poprawił się! Guzik w biegu pościgowym zajął 56. miejsce, co oznacza, że wyprzedził jeszcze trzech rywali, ale przez długi czas walczył o przedostatnie miejsce z… Rumunem Cornelem Puchianu. Było jeszcze kilka może nie wstydliwych, ale delikatnie mówiąc, słabych występów – Martyna Galewicz zajęła 64. miejsce (10 km dow.), Andrzej Nędza-Kubiniec … 67. i 79.,  Maciej Staręga 82. (15 km dow.), a Magdalena Gwizdoń 83. (15 km). Adam Wielgat zajął ostatnie 22. miejsce w biegu na 5000 m. Wojciech Marusarz był 47. (ostatni) w sprinterskiej kombinacji norweskiej, a pełnego dystansu nie ukończył, bo trener kazał mu zejść z trasy, aby oszczędzać siły przed rywalizacją sztafet. Poczucie, że jest się ostatnim albo jednym z ostatnich jest dołujące, ale najważniejsze, aby wyciągnąć wnioski i spojrzeć w szerszym kontekście, czy ostatnie miejsce daje nadzieję na poprawę i jest cennym doświadczeniem w karierze sportowca. Taką drogę przeszedł przecież Zbigniew Bródka.

Reprezentanci Polski podczas ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczang 2018.

Źródło: polsatsport.pl.

Kibiców trochę oszołomiły igrzyska w Vancouver i Soczi, gdzie Polacy sięgnęli, zdecydowanie ponad stan, po sześć medali. Taki wynik nie oddawał prawdziwej kondycji polskich sportów zimowych, która (z całym szacunkiem dla naszych sportowców), jest po prostu mizerna. Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić, skoro przed igrzyskami w Soczi, Prezes PZN Apoloniusz Tajner mówi o 10-11 szansach medalowych (!!!), a Karolinę Riemen-Żerebecką wymienia jako „czarnego konia” w rywalizacji w skicrossie, mimo, że Polka na podium Pucharu świata stanęła tylko raz, rok wcześniej. To jednak było przed igrzyskami w Soczi, a w dniu rozpoczęcia igrzysk w Korei Południowej popis dali politycy. W debacie telewizyjnej, nieważne w jakiej stacji, nieważne jacy politycy i jakich partii, bo to nie jest istotne, licytowali się, ile medali zdobędą „Biało-czerwoni”. Padały abstrakcyjne liczby – 6, 10, oczywiście z reguły bez podania konkretnych kandydatów na medalistów. Atmosferę podkręcał prowadzący, który zadawał pytania w stylu „a dlaczego tak mało?”. Totalna ignorancja i brak poszanowania tak dla kibica, jak i dla sportowców. Tak się jednak dzieje przy okazji igrzysk, że głos zabierają wszyscy, bo „wszyscy się znają”, a wystarczy trochę wcześniej śledzić wyniki, żeby niepotrzebnie nie rozpalać nadziei medalowych w narodzie. Ale może o to właśnie chodzi?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie wyciągamy wniosków z porażek na igrzyskach, nie uczymy się i nie podpatrujemy innych. Oczywiście, nie jest możliwe, aby wdrożyć jakiś krajowy program i wychować „mistrzów” już na kolejne igrzyska, ale mam wrażenie, że wiele państw robi krok do przodu, a my jakbyśmy stali w miejscu.

Wyświechtane powiedzenie mówi, że za wszystkim stoją pieniądze i bez nakładów pieniężnych nie ma mowy o sukcesie. To prawda, ale pieniądze to nie wszystko. Witold Bańka, minister sportu powiedział w trakcie trwania południowokoreańskich igrzysk, że pieniądze są wystarczające, ale problemem jest ich wykorzystywanie i brak wieloletnich programów rozwoju w poszczególnych dyscyplinach sportu. Częściowo jest to prawdą, ale może być też odbierane jako gra polityczna i ukryte wykazywanie nieudolności poprzedników pana ministra. Nie mnie to oceniać.

Nie ulega jednak żadnych wątpliwości, że w Polsce brakuje odpowiednich warunków i infrastruktury do uprawniania niektórych dyscyplin sportu, jak również promowania aktywnego i zdrowego trybu życia i spędzania wolnego czasu. Nikt mnie nie przekona, że brak profesjonalnych tras biegowych, czy toru bobslejowo-saneczkowego w Polsce, nie stanowi problemu. Tak samo, jak nikt mnie nie przekona, że środki publiczne przeznaczone na sport są wystarczające. Gdyby nie wielu prywatnych sponsorów, inwestorów, czy tzw. mecenasów sportu, to sukcesy Adama Małysza, Justyny Kowalczyk, czy Kamila Stocha zapewne byłyby mniejsze. Nie przypadkiem wymieniłem trójkę tych wielkich sportowców. Właśnie oni są idealnym przykładem na brak poważnych programów szkoleniowych w Polsce. Każdy z nich doszedł do sukcesów dzięki swojej wybitności, talentowi i chęci odniesienia sukcesu. Trochę z tego towarzystwa wyłamuje się Justyna Kowalczyk jako absolwentka SMS w Zakopanem, ale czy w Polsce wdrożono ogólnopolski program rozwoju biegów narciarskich? Gdyby nie jej samozaparcie i sponsorzy pewnie już dawno z powodu braku perspektyw rzuciłaby narty w kąt. Małysz, Kowalczyk i Stoch to indywidualiści, wielcy mistrzowie, a nie „produkty” centralnego systemu szkolenia. Godnych następców za bardzo nie widać i to jest smutne, bo dowodzi, że w Polsce sukces zapewnia tylko bycie wielkim mistrzem, jednym z najlepszych w historii swojej dyscypliny sportu. Nie przypadkiem wspominana trójka wywalczyła przez szesnaście lat od igrzysk w Salt Lake City do igrzysk w Pjongczangu trzynaście z osiemnastu medali (!) zdobytych przez Polaków.

Karierę zakończyło, albo zapowiedziało, że zakończy kilku innych sportowców, co spowodowało, że nastroje poolimpijskie były minorowe. Szybko jednak poprawiło je młode pokolenie sportowców. Kamila Żuk podczas mistrzostw świata juniorów w biathlonie w estońskiej Otepaa zdobyła dwa złote medale w biegu indywidualnym i sprincie oraz srebrny w biegu pościgowym. Oskar Kwiatkowski zajął 2. miejsce w Scuol w zawodach Pucharu Świata w slalomie gigancie równoległym, a warto zaznaczyć, że było to pierwsze podium Polaka w Pucharze Świata w historii tej konkurencji. Dodatkowo, Natalia Maliszewska zdobyła srebrny medal MŚ w biegu na 500m w short-tracku. Nie można też zapominać o Karolinie Bosiek, o której w środowisku panczenistek mówi się, że jest ogromnie utalentowana. Sceptycy podkreślali jednak, że wymienione sukcesy przyszły po imprezie czterolecia, na którą wszyscy przygotowują formę, a później już tylko czekają do końca sezonu. Częściowo jest to prawdą, ale wymienione sukcesy były promykiem nadziei, że za cztery lata może nie będzie tak źle, jak mogłoby się wydawać.

Po zakończeniu igrzysk „debata” zakończyła się. Poza krytyką i narzekaniem, niewiele było konkretnych pomysłów, czy propozycji rozwiązań systemowych. Za dwa lata podczas igrzysk w Tokio będziemy mieli deja vu. Po Igrzyskach w Soczi (z dużym opóźnieniem, ale jednak!) udało się wybudować pierwszy w Polsce kryty tor łyżwiarski. Może tym razem do kolejnych Igrzysk uda się wybudować pierwszy w Polsce tor saneczkarsko-bobslejowy?

Źródła: własne, polsatsport.pl. E. Kowalczyk, Ta dziewczyna jest znakomita, „Przegląd Sportowy” z dnia 5 marca 2018 r., s. 25. M. Chmielewski, Oskar Kwiatkowski wjechał do historii,  „Przegląd Sportowy” z dnia 12 marca 2018 r., s. 27. E. Kowalczyk, Ona tworzy historię, „Przegląd Sportowy” z dnia 19 marca 2018 r., s. 6.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s