Historia: Gdyński tuzin

Piłkarki ręczne Vistalu (GTPR) Gdynia rozegrały w sezonie 2017/2018 dwanaście meczy w europejskich pucharach (po sześć w Lidze Mistrzyń i Pucharze Federacji) i… wszystkie przegrały. O nawiązaniu do największego sukcesu klubu w europejskich pucharach, czyli półfinału Pucharu Challenge 2009/2010 nie mogło być nawet mowy.

W fazie grupowej Ligi Mistrzyń, Gdynianki przegrały po dwa mecze z Nykøbing Falster Håndboldklub (Dania), Krim Lublana (Słowenia) i CSM Bukareszt (Rumunia) – późniejszym uczestnikiem Final Four (3. miejsce) rozgrywek. Polki zajęły ostatnie miejsce w grupie z bilansem bramkowym 135:189 (-54), który daje średni wynik meczu 22,5:31,5. Najbardziej dotkliwe porażki zostały poniesione w meczach z CSM, gdy Vistal przegrał różnicą 11 i 12 bramek, a dodać trzeba, że z Krim Lublana porażka została poniesiona różnicą 10 goli.

undefined

Vistal Gdynia – CSM Bukareszt.

Źródło: sport.trojmiasto.pl.

Zgodnie z obowiązującymi zasadami Vistal został przesunięty do fazy grupowej Pucharu EHF. Tam drużyna przystąpiła do rozgrywek pod nazwą GTPR, bowiem „Firma Vistal boryka się z problemami finansowymi i po blisko dziesięciu latach zakończyła współpracę z klubem szczypiornistek.” (cyt. za: „Przegląd Sportowy”). Dodatkowa zmiana nastąpiła na stanowisku trenera bowiem Agnieszkę Truszyńska zastąpił Giennadij Kamielin. Nie były to jednak zmiany na lepsze, bowiem GTPR przegrał wszystkie mecze – z Byasen HK Trondheim (Norwegia), Viborg HK (Dania) i Kastamonu Belediyesi (Turcja). Gdynianki zajęły ostatnie miejsce w swojej grupie z bilansem bramkowym 137:179 (-42), który daje średni wynik 23:30. Gra i wyniki osiągane przez Polki wyglądały dużo lepiej niż w Lidze Mistrzyń. W czterech meczach GTPR przegrał różnicą co najwyżej trzech bramek, ale cieniem na te występy kładzie się fatalny mecz w Norwegii, gdy GTPR przegrał różnicą… 22 goli (19:41).

Rozgrywająca Gdynianek Aleksandra Zych mówiła o występach w Pucharze EHF następująco: „Jesteśmy zmęczone, bo gramy jednym składem po dwa razy w tygodniu. Nie wygrałyśmy żadnego meczu, ale nie mamy się czego wstydzić, bo kilka razy byłyśmy blisko zdobycia punktu.” (cyt. za: „Przegląd Sportowy”).

W sierpniu 2018 r. klub przystąp[ił do projektu sportowego „Wielkiej Arki” i zmienił nazwę na „Arka Gdynia”, a w listopadzie 2018 r. w związku z problemami finansowymi, decyzją komisarza PGNiG Superligi kobiet, została skreślona z listy uczestników tych rozgrywek.

Mecze Vistalu (GTPR) Gdynia w europejskich pucharach piłki ręcznej kobiet 2017/2018

Grupa „A” Ligi Mistrzyń:

(1) 7 października 2017 r. (wyjazd) Nykøbing Falster Håndboldklub 21:27 (10:14)

(2) 11 października 2017 r. (dom) CSM Bukareszt 23:34 (9:18)

(3) 25 października 2017 r. (wyjazd) Krim Lublana 19:29 (10:11)

(4) 4 listopada 2017 r. (wyjazd) Krim Lublana 22:29 (11:16)

(5) 10 listopada 2017 r. (dom) Nykøbing Falster Håndboldklub 28:36 (10:15)

(6) 19 listopada 2017 r. (wyjazd) CSM Bukareszt 22:34 (14:17)

Grupa „C” Pucharu EHF:

(1) 5 stycznia 2018 r. (dom) Byasen HK Trondheim 22:24 (8:15)

(2) 14 stycznia 2018 r. (wyjazd) Kastamonu Belediyesi 25:28 (12:16)

(3) 21 stycznia 2018 r. (wyjazd) Viborg HK 24:27 (11:15)

(4) 28 stycznia 2018 r. (dom) Viborg HK 21:32 (15:15)

(5) 3 lutego 2018 r. (wyjazd) Byasen HK Trondheim 19:41 (9:18)

(6) 9 lutego 2018 r. (dom) Kastamonu Belediyesi 26:27 (13:12)

Źródła: własne, eurohandball.com, ehfcl.com, sport.trojmiasto.pl. PIOWES, Vistal wypadł z elity, „Przegląd Sportowy” z dnia 6 listopada 2017 r., s. 25. PIOWES, Vistal odpadł z Ligi Mistrzyń, „Przegląd Sportowy” z dnia 20 listopada 2017 r., s. 25. P. Wesołowski, Dreszczowiec w Koszalinie, „Przegląd Sportowy” z dnia 8 stycznia 2018 r., s. 7. PIOWES, Ósma porażka gdynianek, „Przegląd Sportowy” z dnia 15 stycznia 2018 r., s. 18. OSA, Z Danii wrócily z pustymi rękami, „Przegląd Sportowy” z dnia 22 stycznia 2018 r., s. 10. OSA, Wielkie lanie po norwesku, „Przegląd Sportowy” z dnia 5 lutego 2018 r., s. 12.

Historia: spadek HSV do 2. Bundesligi

W sobotę 12 maja 2018 r. Hamburger SV, pomimo domowego zwycięstwa z Borussią M’Gladbach 2:1 spadł do 2. Bundesligi.

O godzinie 17.24 nastąpił historyczny moment – ostatni założyciel 1. Bundesligi, który występował w niej nieprzerwanie od ponad pół wieku, teraz zleciał do drugiej ligi (…) i słynny zegar na Volksparkstadion, odmierzający czas nieprzerwanych występów w pierwszej lidze, w końcu się zatrzymał (…) Bundesliga już nie będzie taka sama, po tym jak również ostatni dinozaur został pochowany.”. „Co dalej z zegarem, który był dumą Hamburga? Otóż szybko znalazł się nowy pomysł. Hasło „W Bundeslidze od…” zastąpiono napisem „Tradycja od…”. Teraz zegar na stadionie HSV odlicza czas od założenia klubu.” (cyt. za: sportowefakty.wp.pl).

undefined

Zegar na Volksparkstadion w Hamburgu po zmianie.

Źródło: sportbuzzer.de.

Powiedzieć, że na spadek zanosiło się już wcześniej, to nic nie powiedzieć. I nie tylko w kontekście sezonu 2017/2018, ale w kontekście kilku poprzednich sezonów. W sezonie 2007/2008 HSV zajął miejsce tuż za podium, a w kolejnych sezonach osuwał się coraz niżej – 5., 7., 8. i wreszcie 15. w sezonie 2011/2012, co już powinno być poważnym sygnałem alarmowym. W kolejnym sezonie Rothosen zajęli wysokie (jak na nich) 7. miejsce (48 punktów), co chyba trochę uśpiło czujność włodarzy klubu. W sezonie 2013/2014 HSV zajął 16. miejsce (tylko 27 punktów!) i o pozostanie w Bundeslidze rywalizował z SpVgg Greuther Fürth. U siebie bezbramkowo zremisował, a na wyjeździe także osiągnął remis (1:1), a bramka strzelona na wyjeździe uchroniła HSV przed spadkiem. W kolejnym sezonie Hamburczycy zdobyli 8 punktów więcej, ale znowu zajęli 16. miejsce, co oznaczało dwa mecze barażowe. Na Volksparstadion padł remis 1:1, a na wyjeździe HSV przegrywał 0:1 i strzelił wyrównującą bramkę w… ostatniej minucie gry! W dogrywce Rothosen strzelili zwycięską bramkę i drugi kolejny sezon utrzymali się w Bundeslidze po szczęśliwych barażach, choć tak naprawdę już wtedy powinni spaść. W kolejnych dwóch sezonach było trochę lepiej z naciskiem na „trochę” – 10. miejsce (41 pkt) i 14. miejsce (38 pkt), ale to cały czas była gra w drugiej połowie tabeli Bundesligi i balansowanie na linie, stąpanie po kruchym lodzie. I wreszcie w sezonie 2017/2018 stało się to, co musiało się stać – 31 punktów, 17. miejsce i bezpośredni spadek na zaplecze niemieckiej elity.

Hamburger SV (HSV) jest jednym z najbardziej utytułowanych niemieckich klubów. W swojej gablocie z trofeami ma Puchar Europy (1983), Puchar Zdobywców Pucharów (1977), sześć tytułów mistrza Niemiec (1923, 1928, 1960, 1979, 1982, 1983), trzy Puchary Niemiec (1963, 1976, 1987) i dwa Puchary Ligi (1973, 2003). Klub ma piękną historię pełną sukcesów, ale z naciskiem na historię. Ostatnie trofeum (pomijając zwycięstwa w Pucharze Intertoto) zdobył w 2003 r. (Puchar Ligi), ale gdy zapytamy o ostatnie prestiżowe trofeum to okaże się, że był nim Puchar Niemiec z… 1987 r.

Od wielu już lat HSV nie mógł nawiązać do tych sukcesów, pomimo dużych możliwości – sporego budżetu, zainteresowania ze strony kibiców, stadionu, sponsorów. Hamburg jako miasto ma w sobie duży potencjał, a już tym bardziej klub piłkarski jakim jest HSV. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że podstawowym problemem klubu było (a raczej dalej jest) niewłaściwe zarządzania klubem. Z dużą łatwością wydawano pieniądze na (przepłacane) gwiazdy ze znanymi nazwiskami jak również talenty, które nie zawsze potwierdzały, że potrafią grać w piłkę. Czy było to jednak klasyczne palenie pieniędzmi w piecu trudno jednoznacznie powiedzieć. Prawdą jednak jest, że od pewnego czasu HSV przypominał klub bez drużyny, klub, w którym jest grupa piłkarzy grających mecze i pobierających wynagrodzenie za swoje „występy”. Trochę przypomina to sezony, gdy Borussia Dortmund, AC Milan, czy Olympique Marsylia, mimo ogromnych pieniędzy, znanych piłkarzy i sporych oczekiwań okupowały miejsca w drugiej części tabeli swoich rozgrywek piłkarskich.

Warto też dodać, że problemy HSV nie wzięły się z oszczędności i poważnego programu naprawczego. Nie. Absolutnie. Wprawdzie na przełomie ostatnich lat poczyniono nie tyle oszczędności, co bardziej racjonalne zarządzanie wydatkami, ale nie były one bezpośrednią przyczyną spadku. Zresztą znamiennym jest fakt, że HSV nie powrócił od razu do niemieckiej elity. Inną sprawą jest, że zajął czwartą pozycje a do bezpośredniego awansu, jak również do meczów barażowych zabrakło jednego punktu. Wydaje się jednak, że awans HSV do Bundesligi jest tylko kwestią czasu.

Źródła: własne, weszlo.com, sportowefakty.wp.pl, bundesliga.com, sportbuzzer.de, pl.wikipedia.org, M. Szmigielski, Robert Lewandowski III, „Przegląd Sportowy” z dnia 14 maja 2018 r., s. 14.

Sportowe wspomnienia: Prolog 61. Mazovia Tour tylko dla wybranych

W środę 25 lipca 2018 r. na Torze Wyścigów Konnych „Służewiec” w Warszawie rozegrano prolog 61 edycji wyścigu kolarskiego Mazovia Tour. Niestety, wbrew zapowiedziom, wcale nie był dostępny do oglądania przez fanów kolarstwa.

Wprowadzenie – kilka słów o Wyścigu

Wyścig „Mazovia Tour” znany jest raczej pod historyczną nazwą „Wyścig Dookoła Mazowsza”, ponieważ jest rozgrywany na terenie województwa mazowieckiego. Pierwsza edycja odbyła się w 1951 r. Wśród zwycięzców należy wymienić przede wszystkim Stanisława Królaka i Ryszarda Szurkowskiego. Wyścig wygrywali także Marek Leśniewski, Zbigniew Piątek, czy Andrzej Sypytkowski. „(…) w barwach słowackiej drużyny – Dukli Trenczyn – zadebiutował w Wyścigu Dookoła Mazowsza w 2009 roku 19-letni wówczas Peter Sagan, późniejszy trzykrotny mistrz świata.” (cyt. za: muzeumsportu.waw.pl). Od 2000 r. Wyścig ma kategorię 2.2 UCI.

Kogo oglądać?

Do Wyścigu zgłosiły się ekipy z Polski, Danii, Czech, Estonii, Niemiec, Kazachstanu, Słowacji, Włoch i USA. Największą gwiazdą Wyścigu był Czech Alois Kankovsky z grupy Elkov-Author, złoty (w omnium) i brązowy (w madisonie) medalista mistrzostw świata w kolarstwie torowym z 2007 r. Kankovsky wygrał Wyścig Dookoła Mazowsza w 2017 r., a poza tym wygrał w Polsce dużo innych zawodów – Memoriał Andrzeja Trochanowskiego (2016, 2017, 2018), Memoriał Romana Siemińskiego (2015, 2017, 2018), Puchar MON (2016, 2017) i Memoriał Henryka Łasaka (2015).

W barwach CCC Sprandi Polkowice pojawili się m.in. Kamil Gradek, Łukasz Owsian, Szymon Sajnok, Mateusz Taciak i Alan Banaszek. Szymon Sajnok największe sukcesy osiągał w kolarstwie torowym w konkurencji omnium. W 2018 r. w Apeldoorn wywalczył mistrzostwo świata, a w 2016 i 2017 r. wygrał w zawodach Pucharu Świata. Mateusz Taciak jest pięciokrotnym brązowym medalistą mistrzostw Polski w jeździe indywidualnej na czas (2007, 2008, 2009, 2013, 2016), a poza tym trzykrotnie wygrał Wyścig Bałtyk-Karkonosze Tour (2013, 2014, 2016), Małopolski Wyścig Górski (2016), Szlakiem Grodów Piastowskich (2014), Dookoła Mazowsza (2012) i Memoriał Andrzeja Trochanowskiego (2009). W barwach CCC nie wystartował wstępnie zgłoszony Słoweniec Jan Tratnik – trzykrotny mistrz Słowenii w jeździe indywidualnej na czas (2015, 2016, 2018), zwycięzca East Bohemia Tour (2015, 2016) i Wyścigu Dookoła Słowacji (2017).

Źródło: mazovia-team.pl.

Ograniczenia

Start przewidziano na godz. 16:00, a około godziny 15:45 okazało się, że nie można wejść głównymi bramami od ul. Puławskiej, jak również od ul. Wyścigowej. Nikt nic nie wie, ani Pan ochroniarz, ani policjanci. Nic nie wiadomo.

Na stronie internetowej organizatora nie było słowa o wejściu, ale na plakatach informowano, że prolog od godz. 16:00 jest na TWK, więc wydawało się, że naturalnym jest wejście od ul. Puławskiej. Jedyna informacja jaką można było znaleźć odnośnie wejścia na teren Wyścigów dotyczyła Mazovia Masters i brzmiała: „UWAGA!!!  Po godz. 16.00 wjazd i wejście wyłącznie od ul. Poleczki. Parking przy budynku administracji Toru Wyścigów Konnych Służewiec. Wejście na tor przez furtkę z zachowaniem ostrożności, od 16.00 startuje bowiem 61. Wyścig „Dookoła Mazowsza”. Ta informacja była jednak nieprawdziwa, ponieważ, już przed godz. 16 nie można było wejść na teren Wyścigów. Poza tym, nie mam wcale pewności, że każdy mógł wejść na teren Wyścigów.

Na portalu sportowa.warszawa.pl opublikowano informację nadesłaną przez organizatorów, m.in.: „Impreza jest niezwykle popularna wśród kibiców, budzi emocjonalne zaangażowanie bowiem można z bliska obserwować „kuchnię kolarską” w czasie przygotowań do startu i po mecie każdego etapu. Organizator nie stwarza tu barier, a sama impreza nie jest biletowana (…) Zapraszamy 25 lipca godz. 15.30 na Służewiecki Tor Wyścigów Konnych, gdzie rozpoczniemy wyścig jazdą indywidualną na czas na 2,4 km.”. Tak, tak, Organizator nie stwarza barier…

Podsumowanie

Po co informować o wyścigu, skoro nie można go obejrzeć? A jeśli są ograniczenia w oglądaniu, to należałoby o nich poinformować. Szanujmy się! Tak organizowany Wyścig ma wpisywać się w popularyzację kolarstwa? Nie żartujmy. Argumentacji o względach bezpieczeństwa nie przyjmuję. Na Giro, TdF i Vuelcie, mimo startu największych gwiazd światowego kolarstwa, kibice są ważni, bardzo ważni… A w Warszawie organizator Mazovia Tour zniechęcił i przegrał z dostępnymi i otwartymi dla kibiców – Memoriałem Stanisława Królaka i Tour de Pologne, o ile jest organizowany w stolicy.

Prolog, podobnie jak dwa kolejne etapy i cały Wyścig wygrał Szymon Sajnok. W nagrodę trzy tygodnie później ogłoszono, że znajdzie się dla niego miejsce w nowej ekipie UCI World Tour – CCC, która zastąpi BMC.

Źródło: własne, mazovia-team.pl, cyclingarchives.com, sportowa.warszawa.pl, muzeumsportu.waw.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org.

Historia: Polskie akcenty w turnieju hokejowym w Pjongczangu

W olimpijskim turnieju hokeja na lodzie w Pjongczangu zabrakło reprezentacji Polski, co nie jest niczym nowym. Ostatni raz „Bialo-czerwoni” hokeiści wystąpili na Igrzyskach Olimpijskich w Albertville, gdzie zajęli przedostatnie, 11. miejsce. W koreańskim turnieju wystąpiło jednak czterech hokeistów z polskimi korzeniami.

O występie Wojtka Wolskiego w reprezentacji Kanady informowały prawie wszystkie sportowe strony internetowe i gazety. Amerykanie polskiego pochodzenia – James Wisniewski i Ryan Zapolski doczekali się nawet krótkiego reportażu wyemitowanego przez TVP. Największy sukces odniósł jednak ten, o którym praktycznie się nie mówiło, czyli reprezentujący Niemcy, Matthias Płachta.

Reprezentacja Niemiec sensacyjnie zdobyła srebrny medal. „(…) po raz pierwszy w historii wystąpią w hokejowym finale zimowych igrzysk olimpijskich. Dotychczas ich największym sukcesem był brąz wywalczony w 1976 roku w Innsbrucku po wygranej 4:1 nad Amerykanami.” (cyt. za: sportowefakty.wp.pl). O występie Płachty polskie media informowały dopiero, gdy Niemcy niespodziewanie pokonali w półfinale Kanadę 4:3, a Płachta zdobył bramkę i zaliczył asystę. Płachta mówił po meczu: „To najlepsza chwila w moim życiu. Wydarzył się cud. Mam nadzieję, że po tym sukcesie hokej stanie się u nas jeszcze bardziej popularny (…)Z Wojtkiem nie rozmawiałem. On też umie mówić po polsku? Nawet nie wiedziałem.” (cyt. za: sportowefakty.wp.pl).

Matthias Plachta  to syn Jacka Płachty, byłego polskiego hokeisty oraz trenera, który od 2014 do 2017 roku prowadził hokejową reprezentację Polski. Matthias urodził się w 1991 roku w Fryburgu Bryzgowijskim, dlatego mówi: „Dlaczego nie wybrałem gry dla Polski? Ja się urodziłem w Niemczech, spędziłem tam całe życie. Ale to dobrze, że tata przez trzy lata robił coś w Polsce.”  (cyt. za: sportowefakty.wp.pl). Płachta z trudnościami, ale jednak mówi w języku polskim, o czym jest wzmianka na oficjalnej stronie igrzysk, podobnie jak o fakcie, że idolem sportowym Mathhiasa jest jego ojciec. Jacek podkreślał po zakończeniu Igrzysk, ze jest dumny z syna.

Matthias Plachta.

Źródło: sportowefakty.wp.pl.

Mathhias Plachta podczas Igrzysk był zawodnikiem Adler Mannheim, a wcześniej bezskutecznie próbował dostać się do NHL. Występował w reprezentacji Niemiec podczas Mistrzostw Świata w latach 2014  (14. miejsce), 2015 (10.) i 2017 (8.) W turnieju olimpijskim wystąpił we wszystkich siedmiu meczach (średnio grał 15 min. 29 sek.). Bramka i asysta zdobyte w meczu z Kanadą były jedynymi jego zdobyczami punktowymi w Pjongczangu.

Niemcy, mimo porażki w finale po kapitalnym meczu z Rosją byli w euforii. Po drugiej stronie bieguna znaleźli się Kanadyjczycy. Ich występ zakończył się niepowodzeniem, bo tak był określany brązowy medal. Wolski był jednak zadowolony z medalu „(…) choć marzeniem było złoto, to bardzo ceni brąz. – Zawsze będę o tym pamiętał i opowiadał moim dzieciom. To najlepszy moment w karierze.” (cyt. za: „Przegląd Sportowy”). Zresztą Wolski nie ukrywał, że w Pjongczangu znalazł się tylko dlatego, że turnieju zabrakło graczy z NHL i to prawdopodobnie jego pierwszy i ostatni turniej w barwach Kanady.

Wojtek Wolski

Źródło: cp24.com.

Wolski wystąpił w NHL w 451 meczach (99 bramek + 168 asyst) w barwach pięciu klubów (Colorado Avalanche, Phoenix Coyotes, NY Rangers, Florida Panthers, Washington Capitals). Warto dodać, że w sezonie 2012/2013 w trakcie lockoutu w NHL wystąpił w 9 ligowych meczach w barwach… Sanoka (3 bramki, 7 asyst). W Pjongczangu wystąpił jako zawodnik rosyjskiego Metallurga Mognitogorsk. W reprezentacji Kanady zadebiutował krótko przed Igrzyskami 1 grudnia 2017 r., więc jedynymi jego osiągnięciami w kadrze były występy w turniejach towarzyskich – Channel One Cup (5. Miejsce) i Karjala Tournament (4.). Oficjalna strona Igrzysk podawała, że Wolski urodził się w Polsce, ale już nie informowała, że Wojtek mówi w języku polskim. W Pjongczangu wystąpił we wszystkich sześciu meczach Kanady (średnio 11 min. 57 sek.), w których zdobył 3 bramki i zaliczył 1 asystę.

W reprezentacji USA, która odpadła w ćwierćfinale, wystąpiło dwóch zawodników z polskimi korzeniami, choć na stronie Igrzysk trudno znaleźć takie informacje. James Wisniewski pochodzenie zawdzięcza dziadkowi ze strony matki, zaś w przypadku Ryana Zapolskiego nie wiadomo. Na oficjalnej stronie pierwszego z nich w życiorysie nie ma słowa o polskim pochodzeniu. Czyżby uznał to za wstydliwą informację?

James Wisniewski

Źródło: usatoday.com.

Wisniewski zagrał w NHL 552 meczów (53 bramki + 221 asyst), a w Pjongczangu reprezentował barwy EC Kassel Huskies, występującego w drugiej lidze niemieckiej, czyli Deutschland Eishockey Liga 2 (DEL 2). W reprezentacji występował już wcześniej. W 2008 r. podczas Mistrzostw Świata wywalczył z kadą USA 6. Miejsce. W turnieju olimpijskim wystąpił we wszystkich pięciu meczach USA (średnio 4 min. 54 sek.), w których zdobył po jednej bramce i asyście.

Ryan Zapolski bronił bramki USA w pełnym wymiarze czasowym we wszystkich pięciu meczach. Miejsca w bramce nawet na sekundę nie ustąpił pozostałym dwóm bramkarzom (Brandon Maxwell, David Leggio). Zapolski reprezentował Jokerit Helsinki, ale największy sukces – brązowy medal w fińskiej lidze wywalczył w 2014 r. z Lukko. Poza tym, z reprezentacją USA zajmował miejsca na podium towarzyskiego turnieju Deutschland Cup.

Ryan Zapolski

Źródło: zimbio.com.

Polskie akcenty w innych turniejach olimpijskich

W Igrzyskach Olimpijskich wystąpiło kilku hokeistów z polskimi korzeniami. Już w 1984 r. w barwach Kanady zagrał Ed Olczyk. Najwięcej, bo trzykrotnie zagrał Brian Rafalski (USA; 2002 – srebro, 2006, 2010 – srebro). W 2006 (złoty medal) i 2010 r. w barwach Szwecji wystąpił urodzony w Gdyni – Stefan Liv (z domu Patryk Śliż), który w 2011 r. zginął w katastrofie samolotu rosyjskiej drużyny Lokomotiw Jarosław. Joe Pavelski (USA) także wystąpił dwukrotnie (2010 – srebro, 2014), zaś John Tavares (Kanada) wystąpił tylko w jednych Igrzyskach (2014), ale sięgnął po złoty medal.

Podczas igrzysk w Nagano w 1998 r. w rewelacyjnej reprezentacji Białorusi, która dotarła do ćwierćfinału wystąpiło kilku hokeistów, którzy wystąpili wcześniej w polskich klubach.

Polskie akcenty w mistrzostwach świata

W Mistrzostwach Świata w 2018 r. rozegranych w Danii dwa miesiące po zakończeniu Igrzyska (4-20 maja) zwyciężyli Szwedzi przed Szwajcarami, Amerykanami i Kanadyjczykami. Niemcy tym razem zawiedli i zajęli odległe 11 miejsce. Spośród „polskich” hokeistów w Danii wystąpił tylko Matthias Plachta, który zanotował pięć asyst podczas turnieju. Wolski, Wisniewski i Zapolski nie wzięli udziału w mistrzostwach.

W historii Mistrzostw Świata oprócz wspomnianych hokeistów (Olczyk, Rafalski, Liv, Pavelski, Tavares, Plachta i Wisniewski) wystąpili m.in. Mike Komisarek (USA), bracia Teddy, Gabriel i Stephane da Costa (Francja), Nicolas Besch (Francja), Krystofer Kolanos (Kanada), Aleksander Polaczek (Niemcy), Miroslav Sikora (Niemcy), Lee Stempniak (USA), Patrick Wiercioch (Kanada), Travis Zajac (Kanada). Warto dodać, że w klubach Polskiej Lidze Hokejowej występowali Besch, Kolanos oraz Teddy i Gabriel da Costa,

Bobslejowy akcent

Skoro jest mowa o polskich akcentach podczas ZIO w Pjongczangu, to pora jeszcze na wspomnienie o bobslejach.

Złoty medal w konkurencji dwójek (razem z osadą niemiecką) zdobył kanadyjski duet – Justin Kripps i Alexander Kopacz. Ten ostatni ma polskie korzenie, bowiem jego dziadkowie wyemigrowali do Kanady po II wojnie światowej, a ojciec opuścił Polskę w 1982 r. „Zanim Kopacz zajął się bobslejami, uprawiał pchnięcie kulą. Jego trenerzy namówili go na zmianę dyscypliny. – Posłuchał się ich i… zgłosił się nawet do ówczesnego pilota polskiej kadry Dawida Kupczyka, że chciałby rywalizować w biało-czerwonych barwach. Do tego jednak nie doszło, a Kopacz trafił do kanadyjskiego boba – informuje Polska Agencja Prasowa.” (cyt. za: sportowefakty.wp.pl).

Wprawdzie medal został zdobyty dla Kanady, ale gratulacje Kopaczowi, też się należą, podobnie jak Płachcie i Wolskiemu.

Źródła: własne, olympic.org, nhl.com, sportowefakty.wp.pl, sport.pl, sport.tvp.pl, jameswisniewski.com, cp24.com, usatoday.com, zimbio.com, weszlo.com, pl.wikipedia.org. K. Wolnicki, Wojtek opowie o tym dzieciom, Przegląd Sportowy” z dnia 26 lutego 2018 r., s. 12-13. Jestem dumny z mojego syna – wywiad red. P. Chłystka z Jackiem Płachtą, „Przegląd Sportowy” z dnia 26 lutego 2018 r., s. 12-13.

Historia: Jak co igrzyska, tak samo

Co cztery lata, a właściwie co dwa uwzględniając igrzyska letnie i zimowe, sytuacja powtarza się. Polacy oczekują worka medali, a okazuje się, że medali brakuje, kolejne dni upływają, a „Biało-czerwoni” powolnie uzupełniają konto medalowe. Złość i zniecierpliwienie mieszają się z obelgami, wyzwiskami i oskarżeniami, że „za pieniądze podatników utrzymujemy turystów, a nie sportowców”. W mediach pojawiają się próby diagnozy sytuacji, szukania winnych i szacowania kosztów przygotowań. Po igrzyskach, gdy emocje opadną, wszyscy zapominają o sprawie aż do następnych igrzysk. Dokładnie taki scenariusz przeżyliśmy podczas zimowych igrzysk w Pjongczangu w 2018 r.

Przeciętny Polak nie interesuje się sportem tak wnikliwie, aby realnie ocenić szanse naszych reprezentantów na medale, ale sukcesów oczekuje, bo przecież sportowcy są utrzymywani „z podatków, z naszych pieniędzy”. W Pjongczangu irytacja kibiców narastała z każdym dniem aż do pierwszego medalu. Atmosferę trochę podgrzewały mediach pisząc, że zawodnik X, czy Y „walczy o medal” albo pytając „Czy Polacy zdobędą dzisiaj (pierwszy) medal?”. W takim wyczekiwaniu łatwo o irracjonalne i emocjonalne wpisy i komentarze. Tymczasem mało kto przypominał, że tak naprawdę w Pjongczangu realne szanse na medal mieli tylko polscy skoczkowie! Na podium Pucharu Świata w sezonie olimpijskim wchodzili skoczkowie i jeden raz Artur Waś (nie czuję, gdy rymuję). Wprawdzie media chętnie kreowały na potencjalnych medalistów Justynę Kowalczyk, Weronikę Nowakowską i drużynę panczenistek, ale żadne obiektywne przesłanki nie wskazywały na ich medalowe szanse!!!! Oczywiście, wymienieni sportowcy mogli „powalczyć o medal”, ale nie byli to tacy kandydaci do olimpijskich krążków, jak skoczkowie. Przecież Justyna Kowalczyk ostatni raz na podium Pucharu Świata stanęła rok wcześniej, gdy na próbie przedolimpijskiej zabrakło całej światowej czołówki. Autorski plan przygotowań nie przyniósł sukcesu w poprzednim roku podczas mistrzostw świata w Lahti 2017. Zresztą sama Kowalczyk podkreślała, że zdrowie i forma nie są już takie, jak przed laty, a napór nowych i młodych biegaczek coraz bardziej silniejszy. Weronika Nowakowska w sprincie w Oberhofie była 6., a w biegu pościgowym 4., ale w pozostałych dziesięciu startach zajmowała miejsce poza czołową „dziesiątką”. Drużyna panczenistek też omijała pucharowe podium.

Z drugiej jednak strony, media niekiedy przesadzały z wychwalaniem wątpliwych sukcesów polskich sportowców. Gdy Grzegorz Guzik zajął w sprincie 59. miejsce, co dawało mu awans do biegu pościgowego, komentujący w TVP Piotr Sobczyński emocjonował się mówiąc „no to wspaniale (…) no to pięknie” i podkreślał, że Polak w tej konkurencji zajął w Soczi odległe 87. miejsce, a więc poprawił się! Guzik w biegu pościgowym zajął 56. miejsce, co oznacza, że wyprzedził jeszcze trzech rywali, ale przez długi czas walczył o przedostatnie miejsce z… Rumunem Cornelem Puchianu. Było jeszcze kilka może nie wstydliwych, ale delikatnie mówiąc, słabych występów – Martyna Galewicz zajęła 64. miejsce (10 km dow.), Andrzej Nędza-Kubiniec … 67. i 79.,  Maciej Staręga 82. (15 km dow.), a Magdalena Gwizdoń 83. (15 km). Adam Wielgat zajął ostatnie 22. miejsce w biegu na 5000 m. Wojciech Marusarz był 47. (ostatni) w sprinterskiej kombinacji norweskiej, a pełnego dystansu nie ukończył, bo trener kazał mu zejść z trasy, aby oszczędzać siły przed rywalizacją sztafet. Poczucie, że jest się ostatnim albo jednym z ostatnich jest dołujące, ale najważniejsze, aby wyciągnąć wnioski i spojrzeć w szerszym kontekście, czy ostatnie miejsce daje nadzieję na poprawę i jest cennym doświadczeniem w karierze sportowca. Taką drogę przeszedł przecież Zbigniew Bródka.

Reprezentanci Polski podczas ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczang 2018.

Źródło: polsatsport.pl.

Kibiców trochę oszołomiły igrzyska w Vancouver i Soczi, gdzie Polacy sięgnęli, zdecydowanie ponad stan, po sześć medali. Taki wynik nie oddawał prawdziwej kondycji polskich sportów zimowych, która (z całym szacunkiem dla naszych sportowców), jest po prostu mizerna. Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić, skoro przed igrzyskami w Soczi, Prezes PZN Apoloniusz Tajner mówi o 10-11 szansach medalowych (!!!), a Karolinę Riemen-Żerebecką wymienia jako „czarnego konia” w rywalizacji w skicrossie, mimo, że Polka na podium Pucharu świata stanęła tylko raz, rok wcześniej. To jednak było przed igrzyskami w Soczi, a w dniu rozpoczęcia igrzysk w Korei Południowej popis dali politycy. W debacie telewizyjnej, nieważne w jakiej stacji, nieważne jacy politycy i jakich partii, bo to nie jest istotne, licytowali się, ile medali zdobędą „Biało-czerwoni”. Padały abstrakcyjne liczby – 6, 10, oczywiście z reguły bez podania konkretnych kandydatów na medalistów. Atmosferę podkręcał prowadzący, który zadawał pytania w stylu „a dlaczego tak mało?”. Totalna ignorancja i brak poszanowania tak dla kibica, jak i dla sportowców. Tak się jednak dzieje przy okazji igrzysk, że głos zabierają wszyscy, bo „wszyscy się znają”, a wystarczy trochę wcześniej śledzić wyniki, żeby niepotrzebnie nie rozpalać nadziei medalowych w narodzie. Ale może o to właśnie chodzi?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie wyciągamy wniosków z porażek na igrzyskach, nie uczymy się i nie podpatrujemy innych. Oczywiście, nie jest możliwe, aby wdrożyć jakiś krajowy program i wychować „mistrzów” już na kolejne igrzyska, ale mam wrażenie, że wiele państw robi krok do przodu, a my jakbyśmy stali w miejscu.

Wyświechtane powiedzenie mówi, że za wszystkim stoją pieniądze i bez nakładów pieniężnych nie ma mowy o sukcesie. To prawda, ale pieniądze to nie wszystko. Witold Bańka, minister sportu powiedział w trakcie trwania południowokoreańskich igrzysk, że pieniądze są wystarczające, ale problemem jest ich wykorzystywanie i brak wieloletnich programów rozwoju w poszczególnych dyscyplinach sportu. Częściowo jest to prawdą, ale może być też odbierane jako gra polityczna i ukryte wykazywanie nieudolności poprzedników pana ministra. Nie mnie to oceniać.

Nie ulega jednak żadnych wątpliwości, że w Polsce brakuje odpowiednich warunków i infrastruktury do uprawniania niektórych dyscyplin sportu, jak również promowania aktywnego i zdrowego trybu życia i spędzania wolnego czasu. Nikt mnie nie przekona, że brak profesjonalnych tras biegowych, czy toru bobslejowo-saneczkowego w Polsce, nie stanowi problemu. Tak samo, jak nikt mnie nie przekona, że środki publiczne przeznaczone na sport są wystarczające. Gdyby nie wielu prywatnych sponsorów, inwestorów, czy tzw. mecenasów sportu, to sukcesy Adama Małysza, Justyny Kowalczyk, czy Kamila Stocha zapewne byłyby mniejsze. Nie przypadkiem wymieniłem trójkę tych wielkich sportowców. Właśnie oni są idealnym przykładem na brak poważnych programów szkoleniowych w Polsce. Każdy z nich doszedł do sukcesów dzięki swojej wybitności, talentowi i chęci odniesienia sukcesu. Trochę z tego towarzystwa wyłamuje się Justyna Kowalczyk jako absolwentka SMS w Zakopanem, ale czy w Polsce wdrożono ogólnopolski program rozwoju biegów narciarskich? Gdyby nie jej samozaparcie i sponsorzy pewnie już dawno z powodu braku perspektyw rzuciłaby narty w kąt. Małysz, Kowalczyk i Stoch to indywidualiści, wielcy mistrzowie, a nie „produkty” centralnego systemu szkolenia. Godnych następców za bardzo nie widać i to jest smutne, bo dowodzi, że w Polsce sukces zapewnia tylko bycie wielkim mistrzem, jednym z najlepszych w historii swojej dyscypliny sportu. Nie przypadkiem wspominana trójka wywalczyła przez szesnaście lat od igrzysk w Salt Lake City do igrzysk w Pjongczangu trzynaście z osiemnastu medali (!) zdobytych przez Polaków.

Karierę zakończyło, albo zapowiedziało, że zakończy kilku innych sportowców, co spowodowało, że nastroje poolimpijskie były minorowe. Szybko jednak poprawiło je młode pokolenie sportowców. Kamila Żuk podczas mistrzostw świata juniorów w biathlonie w estońskiej Otepaa zdobyła dwa złote medale w biegu indywidualnym i sprincie oraz srebrny w biegu pościgowym. Oskar Kwiatkowski zajął 2. miejsce w Scuol w zawodach Pucharu Świata w slalomie gigancie równoległym, a warto zaznaczyć, że było to pierwsze podium Polaka w Pucharze Świata w historii tej konkurencji. Dodatkowo, Natalia Maliszewska zdobyła srebrny medal MŚ w biegu na 500m w short-tracku. Nie można też zapominać o Karolinie Bosiek, o której w środowisku panczenistek mówi się, że jest ogromnie utalentowana. Sceptycy podkreślali jednak, że wymienione sukcesy przyszły po imprezie czterolecia, na którą wszyscy przygotowują formę, a później już tylko czekają do końca sezonu. Częściowo jest to prawdą, ale wymienione sukcesy były promykiem nadziei, że za cztery lata może nie będzie tak źle, jak mogłoby się wydawać.

Po zakończeniu igrzysk „debata” zakończyła się. Poza krytyką i narzekaniem, niewiele było konkretnych pomysłów, czy propozycji rozwiązań systemowych. Za dwa lata podczas igrzysk w Tokio będziemy mieli deja vu. Po Igrzyskach w Soczi (z dużym opóźnieniem, ale jednak!) udało się wybudować pierwszy w Polsce kryty tor łyżwiarski. Może tym razem do kolejnych Igrzysk uda się wybudować pierwszy w Polsce tor saneczkarsko-bobslejowy?

Źródła: własne, polsatsport.pl. E. Kowalczyk, Ta dziewczyna jest znakomita, „Przegląd Sportowy” z dnia 5 marca 2018 r., s. 25. M. Chmielewski, Oskar Kwiatkowski wjechał do historii,  „Przegląd Sportowy” z dnia 12 marca 2018 r., s. 27. E. Kowalczyk, Ona tworzy historię, „Przegląd Sportowy” z dnia 19 marca 2018 r., s. 6.

Historia: Starty Polaków w Pjongczang 2018

Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w południowokoreańskim Pjongczang reprezentanci Polski zdobyli (tylko) dwa medale, ale warto przeanalizować miejsca zajmowane przez „Biało-czerwonych”.

Skoki narciarskie

Najlepiej zaprezentowali się oczywiście skoczkowie narciarscy. Jako jedyni zdobyli dwa medale – złoty Kamil Stoch podczas konkursu na dużej skoczni i brązowy drużyna (Stoch, Stefan Hula, Dawid Kubacki i Maciej Kot). Do tego dochodzą jeszcze trzy miejsca w czołowej „dziesiątce” – na skoczni normalnej Stoch był. 4, a Hula 5., natomiast na dużej Kubacki był 10. Poza tym, na normalnej skoczni Kot był 19., a Kubacki 35., natomiast na dużej Hula 15., a Kot 19. Łącznie skoczkowie zajęli pięć miejsc w czołowej „10” (w tym cztery indywidualnie), czyli najwięcej spośród Polaków występujących podczas Igrzysk w Pjongczangu.

Biegi narciarskie

W biegach narciarskich najlepsze miejsca reprezentanci Polski zajmowali w rywalizacji drużynowej. Justyna Kowalczyk i Sylwia Jaśkowiec zajęły 7. miejsce w sprincie drużynowym, a sztafeta pań zajęła 10. Miejsce (Kowalczyk, Jaśkowiec, Ewelina Marcisz, Martyna Galewicz). Indywidualnie najlepsze miejsca, ale już w drugiej „dziesiątce” zajęła Justyna Kowalczyk – 14. (30 km klas.) i 17. (skiathlon). Kowalczyk była jeszcze 22. w sprincie klasycznym. Pozostałe Polki wystartowały na miarę swoich możliwości – Jaśkowiec (24., 30., 37.), Marcisz (31., 38., 42.) i Galewicz (41., 64.).

Jeśli chodzi o panów, to najlepszy występ zanotowali Dominik Bury i Maciej Staręga, którzy odpadli w półfinale sprintu drużynowego (13.). Indywidualnie Polacy byli daleko – Kamil Bury (30., 78.), Dominik Bury (33., 52.), Staręga (39., 82.). Łącznie biegacze narciarscy zajęli dwa miejsce w „dziesiątce”, ale żadnego indywidualnie (nawet Justyna Kowalczyk!).

Narciarstwo dowolne

Jedyna polska reprezentantka w narciarstwie dowolnym – Karolina Riemen-Żerebecka doznała kontuzji podczas jednego z ostatnich treningów, jeszcze przed wylotem na igrzyska.

Kombinacja norweska

W kombinacji norweskiej najlepsze 9. miejsce zajęła sztafeta (Paweł Słowiok, Szczepan Kupczak, Adam Cieślar, Wojciech Marusarz). Indywidualnie Polacy zajęli miejsca, na której w obecnej formie ich stać – Słowiok (22., 29.), Kupczak (25., 39.), Cieślar (33., 42.), Marusarz (47. – ostatni i nie ukończył). Po Słowioku i Kupczaku można było spodziewać się jednak miejsc w czołowej „dwudziestce”. Łącznie dwuboiści zajęli tylko jedno miejsce w „dziesiątce”, w rywalizacji sztafet.

Narciarstwo alpejskie

W narciarstwie alpejskim bardzo dobrze zaprezentowała się Maryna Gąsienica-Daniel (16., 24., 26., 27.), choć trzeba pamiętać, że 16. miejsce w superkombinacji to… trzecie od końca, bo rywalizację ukończyło tylko osiemnaście zawodniczek. Wśród panów rywalizacja o wyjazd na igrzyska, która przerodziła się w medialne przepychanki, chyba pozostała jeszcze w głowach alpejczyków. Michał Kłusak był 42. w zjeździe i nie ukończył slalomu w superkombinacji (po zjeździe był 46.) i supergiganta. Michał Jasiczek nie stanął na starcie giganta i nie ukończył drugiego przejazdu slalomu (po pierwszym przejeździe był 30.).

Biathlon

W biathlonie, podobnie jak w przypadku biegów narciarskich, o startach reprezentantów Polski można mówić wyłącznie przez pryzmat startów kobiet, które wywalczyły dwa miejsca w „dziesiątce”. Monika Hojnisz była 6., zaś sztafeta (Hojnisz, Guzik, Gwizdoń, Nowakowska), mimo że prowadziła przed ostatnią zmianą ukończyła rywalizację na 7. miejscu. Hojnisz zajęła jeszcze miejsca – 15., 43. i 45., Krystyna Guzik – 28., 36. i 52., Wernika Nowakowska, która miała być liderką polskiej ekipy – 21., 30. i 34., zaś Magdalena Gwizdoń – 49., 56. i 83.

W biegu masowym drużyna (Gwizdoń, Kamila Żuk, Nędza-Kubiniec, Guzik) zajęła 16. Miejsce. Byłoby lepiej, gdyby panowie nie zaprzepaścili tego, co wypracowały panie. O indywidualnych startach panów szkoda nawet wspominać, ale z kronikarskiego obowiązku trzeba odnotować, że Grzegorz Guzik zajął miejsca – 33., 56. i 59., zaś Andrzej Nędza-Kubiniec … 67. i 79.

Snowboard

Miłośnicy jednej deski zaprezentowali się naprawdę dobrze. W slalomie gigancie równoległym Aleksandra Król była 11., Oskar Kwiatkowski 13., Weronika Biela 24., zaś Karolina Sztokfisz 29. (po upadku). W crossie Mateusz Ligocki i Zuzanna Smektała zostali sklasyfikowani na 20. miejscach.

Źródło: sport.dziennik.pl.

Łyżwiarstwo szybkie

Narty i deskę zastąpimy łyżwami i w ten sposób przejdziemy do łyżwiarstwa szybkiego, w którym oczekiwania były dosyć duże, ale zupełnie nie poparte startami Polaków w sezonie tak olimpijskim, jak i przedolimpijskim. W efekcie „Biało-Czerwoni” zajęli tylko trzy miejsca w czołowej „dziesiątce”. Najlepsze 7. miejsce zajęła sztafeta pań, która podobno miała walczyć o medal (Natalia Czerwonka, Luiza Złotkowska, Katarzyna Bachleda-Curuś, Karolina Bosiek). Jak wykazały wypowiedzi Polek po nieudanym pierwszym biegu – „z tej mąki chleba być nie mogło”. Poza tym, indywidualnie Polki zajęły dwa 9. miejsca – Natalia Czerwonka (1500 m) i Luiza Złotkowska (bieg masowy). Polki zajmowały miejsca w drugiej „dziesiątce”. Oprócz wspomnianych startów Czerwonka była 12. (1000m), zaś Złotkowska 14. (3000m) i 17. (1500m). Katarzyna Bachleda Curuś zajęła miejsca – 13. (1500 m) i 17. (3000m), Karolina Bosiek 16. (3000m) i 29. (1000m), Kaja Ziomek 25. (500m), zaś Magdalena Czyszczoń 11. w półfinale biegu masowego.

Panowie zaprezentowali się gorzej i nie chodzi nawet o to, że do igrzysk nie zakwalifikowała się polska drużyna. Najlepsze 12. miejsce zajął broniący złota z Soczi w rywalizacji 1500m – Zbigniew Bródka. Artur Waś był 13. (500m), Jan Szymański 16. (1500m), Sebastian Kłosiński 17. (1000m), Konrad Niedźwiecki 20. (1500m), 23. (1000m) i 10. w półfinale biegu masowego, Adam Wielgat 22. – ostatni (5000m), Piotr Michalski 31. (1000m) i 33. (500m) oraz Artur Nogal 36. po upadku (500m).

Łącznie polscy panczeniści zajęli trzy miejsca w czołowej „dziesiątce”, w tym dwa indywidualnie. Wszystkie za sprawą pań. Panczenistki zajęły dziewięć miejsce „dwudziestce”, zaś panczeniści tylko pięć.

Łyżwiarstwo figurowe

Jedyni polscy reprezentanci w łyżwiarstwie figurowym – Natalia Kaliszek i Maksym Spodyriew zajęli 14. miejsce w rywalizacji par tanecznych.

Short-track

W short-tracku reprezentanci Polski zajęli miejsca, zgodne z przewidywaniami, choć na jakiś półfinał można było liczyć. Najlepsze miejsce 11. w rywalizacji na 500 m zajęła Natalia Maliszewska. Poza tym, Polacy zajmowali miejsca w drugiej „dziesiątce” – Magdalena Warakomska (12., 20. i 28.) i Bartosz Konopko (17.).

Saneczkarstwo

W saneczkarstwie najwyższe 8. miejsce (podobnie, jak w Soczi) zajęła sztafeta (Ewa Kuls-Kusyk, Maciej Kurowski, Wojciech Chmielewski/Jakub Kwiatkowski). W rywalizacji „jedynek” Maciej Kurowski był 19. (najlepszy z państw bez sztucznego toru), Mateusz Sochowicz 27., zaś wśród kobiet – Ewa Kuls-Kusyk 20., a doświadczona Natalia Wojtuciszyn 25. W rywalizacji „dwójek” Chmielewski/Kowalewski zajęli 12. miejsce. Łącznie saneczkarze wywalczyli jedno miejsce w „dziesiątce” (sztafeta). W „dwudziestce” zanotowali cztery miejsca.

Warto dodać, że Kurowski zajął najlepsze swoje miejsce w trzecim starcie na igrzyskacj, a dodatkowo to najlepsza lokata polskiego saneczkarza od… 42 lat. Kurowski był w Pjongczangu najlepszy spośród zawodników reprezentujących państwa bez sztucznego toru saneczkowego.

Bobsleje

Wyniki bobsleistów były słabsze. „Czwórka” (Mateusz Luty, Arnold Zdebiak, Łukasz Miedzik, Grzegorz Kossakowski) zajęła obiecujące 13. miejsce (najlepsze w historii udziału biało-czerwonych w bobslejowej rywalizacji podczas igrzysk), ale już „dwójka” (Mateusz Luty, Krzysztof Tylkowski) zawiodła zajmując 24. Miejsce.

Podsumowanie

Paweł Wołosik z „Przeglądu Sportowego” podsumował start w Pjongczangu dosyć gorzko: „Największa w historii zimowych igrzysk reprezentacja Polski zawiodła (…) za dużo w niej było wyznawców pięknej idei Pierre’a de Coubertina (…)”. Niestety, dopiero teraz dostrzegamy, że nie było pomysłu na wychowanie następców Kowalczyk, Bródki, Bachledy-Curuś, czy Niedźwiedzkiego (wystąpił w czterech igrzyskach!).

W klasyfikacji medalowej reprezentacja Polski zajęła 20. miejsce, zaś w punktowej 21. razem ze Słowenią. „Biało-czerwoni” punktowali w 8 konkurencjach i zgromadzili 33 punkty – aż o 39 mniej niż przed 4 laty. To jednak i tak jeden z lepszych wyników w historii po Soczi, Vancouver 2010 (6 medali i 57 pkt) i Grenoble 1968 (medali nie było, ale sporo miejsc 4-8 i 41 pkt).”. Większość punktów Polacy zdobyli w rywalizacji drużynowej. W „ósemce” indywidualnie miejsca wywalczyli tylko skoczkowie i… Monika Hojnisz. Sukcesy w Vancouver i Soczi na kilka lat ukryły prawdziwą kondycję polskich sportów drużynowych. Po występach w Pjongczangu można powiedzieć, że „Biało-czerwoni” wrócili na swoje miejsce.

Źródła: własne, INTERNET (np. pl. wikipedia.org), sport.dziennik.pl. P. Wołosik, Mało powodów do pochwał, „Przegląd Sportowy” z dnia 26 lutego 2018 r., s. 3. J. Wojczyński, Ratunek od skoczków,  Przegląd Sportowy” z dnia 26 lutego 2018 r., s. 17.

Historia: polskie akcenty w skoku wzwyż

Podczas pierwszego dnia Halowych Mistrzostw Świata w lekkoatletyce (1 marca 2018, Birmingham) rozegrano konkurs skoku wzwyż. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie cztery polskie akcenty.

Rywalizację wygrał startujący pod neutralną flagą Danił Łysenko (2,36 m), a podium uzupełnili Mutaz Essa Barshim (Katar, 2,33 m) i Mateusz Przybyłko (Niemcy, 2,29 m). Piąte miejsce zajął Sylwester Bednarek (2,25), a na miejscach 9-11 został sklasyfikowany Robbie Grabarz (W. Brytania, 2,20 m). I właśnie wszyscy czterej skoczkowie wymienieni po zwycięzcy mają silne związki z Polską.

Podium skoku wzwyż – HMŚ Birmingham 2018.

Źródło: zimbio.com.

Barashim to podopieczny polskiego trenera Stanisława Szczyrby. Reprezentant Kataru w tamtym czasie to srebrny (2016) i brązowy (2012) medalista olimpijski, złoty (2017) i srebrny (2013) medalista mistrzostw świata i złoty medalista halowych mistrzostw świata (2014). W 2019 r. podczas mistrzostw świata rozgrywanych w jego ojczyźnie, a dokładniej w Doha sięgnął po złoty medal. Warto zauważyć, że w 2016 r. podczas mitingu w Opolu uzyskał najlepszy rezultat na polskiej ziemi – 2,40 m.

Przybyłko jest synem polskiego małżeństwa, ale urodził się w Niemczech (Bielefeld). Jego, o rok młodsi bracia bliźniacy (Kacper i Jakub) są piłkarzami i występowali w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Mateusz w 2015 r. mówił natomiast: „Chciałem startować dla Polski. Miałem 15 lat, kiedy zapytaliśmy, czy kogoś interesuje, bym reprezentował biało-czerwone barwy. Nie było odpowiedzi. Zacząłem zatem reprezentować niemieckie barwy. Nie ukrywam, że chętnie skakałbym w polskich barwach, ale nie udało się” (cyt. za: sport.onet.pl). W 2018 r. Przybyłko zdobył złoty medal mistrzostw Europy w Berlinie z wynikiem 2,35 m, którym wyrównał swój rekord życiowy.

Bednarka przedstawiać nie trzeba. Wydawało się, że może być jeśli nie następcą Artura Partyki, to chociaż skoczkiem nawiązującym do jego sukcesów, o czym mógł stanowić brązowy medali mistrzostw świata w Berlinie (2009). Później, kontuzje znacznie pokrzyżowały plany Bednarkowi, choć złoty medal Halowych Mistrzostw Europy w Belgradzie (2017) zapowiadał powrót do wysokiej formy. W Birmingham skończyło się na najlepszej lokacie polskiego skoczka wzwyż w HMŚ od srebra Artura Partyki w… 1991 roku. Oczekiwania były większe, bo z wynikiem 2,33 Bednarek zajmował czwarte miejsce na światowej.

Grabarz ma polskie pochodzenie, które zdradza nazwisko, a wchodząc w szczegóły to jego dziadek był Polakiem. Brytyjczyk zdobył brązowy medal igrzysk olimpijskich w Londynie (2012), srebrny HMŚ w Portland (2016), złoty (Helsinki 2012) i srebrny (Amsterdam 2016) Mistrzostw Europy oraz srebrny HME (Belgrad 2017).

Źródła: własne, pl.wikipedia.org, theguardian.com, zimbio.com. M. Petruczenko, Wspaniały festiwal skoków w Opolu, „Przegląd Sportowy” z dnia 5 czerwca 2017 r., s. 27. M. Chmielewski, R. Opiatowski, Piękny finisz Polek, „Przegląd Sportowy” z dnia 14-15 sierpnia 2017 r., s. 2-3. R. Opiatowski, Bednarek nie wypalił, „Przegląd Sportowy” z dnia 2 marca 2018 r., s. 25.

Historia: Polacy podczas HMŚ w lekkoatletyce Birmingham 2018

Podczas Halowych Mistrzostw Świata w lekkoatletyce rozegranych od 1 do 4 marca 2018 r. w Birmingham reprezentacja Polski wywalczyła 5 medali (po 2 złote i srebrne oraz brązowy).

Nigdy wcześniej medalowa zdobycz reprezentacji Polski nie była tak okazała. Wprawdzie w Maebashi w 1999 r. „Biało-czerwoni” także zdobyli 5 medali, ale tylko jeden złoty. W Birmingham Polska zajęła 3. miejsce w klasyfikacji medalowej za USA – 18 medali (6 złotych, 10 srebrnych, 2 brązowe) i Etiopią – 5  medali (4 złote i 1 srebrny).

Źródło: iaaf.org.

Złote medale wywalczyli – Adam Kszczot (800 m) i sztafeta 4×400 m mężczyzn w składzie Karol Zalewski, Rafał Omelko, Łukasz Krawczuk, Jaku Krzewina która dodatkowo pobiła rekord świata (3:01,77). Wprawdzie niedługo później Amerykanie poprawili ten wynik, ale radości ze złota okraszonej rekordem świata nikt Polakom nie odbierze. A co do Kszczota, to wyrównał osiągnięcie Lidii Chojeckiej, która także wywalczyła 3 medale podczas HMŚ z tą różnicą, że on we wszystkich kolorach a ona tylko brązowe. Srebrne medale wywalczyli – Marcin Lewandowski (1500 m) i sztafeta 4×400 m kobiet (Justyna Święty-Ersetić, Patrycja Wyciszkiewicz, Aleksandra Gaworska, Małgorzata Hołub). Brązowy medal zdobył Piotr Lisek.

W klasyfikacji punktowej, w której punkty są przyznawane za zajęcie pierwszych ośmiu miejsc reprezentacja Polski (50 pkt) zajęła czwarte miejsce za USA (200), Wielką Brytanią (67) i Etiopią (57).

Rywalizacja na Wyspach Brytyjskich była kolejną imprezą rangi mistrzowskiej w lekkoatletyce, w której reprezentacja Polski zajęła wysokie miejsce w klasyfikacji medalowej i punktowej. Nawiązania do Wunderteamu stają się coraz bardziej uzasadnione.

Źródła: własne, sport.pl, iaaf.org, R. Opiatowski, Mamy świat u swoich stóp, „Przegląd Sportowy” z dnia 5 marca 2018 r., s. 18-19.

Historia: Przyczyny dramatu ONICO Warszawa

W niedzielę 15 kwietnia 2018 r. stało się to, co kilka tygodni wcześniej wydawało się niemożliwe – siatkarze ONICO Warszawa znaleźli się poza play-off Polskiej Ligi Siatkówki w sezonie 2017/2018.

Spadkobiercy Politechniki Warszawskiej byli na dobrej drodze, aby stać się rewelacją sezonu 2017/2018. W Pucharze Polski (po raz pierwszy w historii) awansowali do półfinału, a w lidze zanotowali rekordową liczbę dwunastu kolejnych zwycięstw i wydawało się, że są poważnym kandydatem do walki o medale. Ostatecznie ONICO zajęło… 7. miejsce w sezonie zasadniczym i o taką pozycję walczyło z Cuprum Lubin.

Przed ostatnią kolejką ONICO zajmowało 4. miejsce z taką samą liczbą punktów, co Asseco Resovia Rzeszów, Indykpol AZS Olsztyn i Jastrzębski Węgiel. ONICO wygrało na wyjeździe z Czarnymi Radom 3:2, choć przegrywało 0:2, a rywale (zgodnie z przewidywaniami) wygrali za 3 punkty z niżej notowanymi przeciwnikami. W efekcie ONICO zostało w ostatniej kolejce wyprzedzone przez trzy kluby!

Odpadnięcie ONICO z walki o medale jest tym bardziej bolesne, że ONICO zajmowało nawet drugą lokatę w tabeli, a przez dziesięć kolejek było na 3. miejscu. Gdy klub z Warszawy rozbił u siebie Resovię 3:0, a do końca sezonu zasadniczego pozostały zaledwie trzy kolejki awans był już na wyciągnięcie ręki. Tymczasem, ONICO przegrało na wyjeździe z Olsztynem 1:3, niespodziewanie uległo u siebie Cuprum Lubin 1:3 i wygrało z Czarnymi 3:2. W ostatnich trzech kolejkach zdobyło zaledwie dwa punkty, a do awansu zabrakło tylko jednego!

Stephane Antiga – trener ONICO Warszawa w sezonie 2017/2018.

Źródło: polsatsport.pl.

Oczywiście, tego jednego punktu zabrakło w Radomiu, ale Andrzej Wrona podkreślał, że awans do szóstki walczącej o medale został stracony nie w Radomiu, ale wcześniej. Wrona zwrócił uwagę, że ONICO gubiło punkty w meczach z tie-breakiem, ale czasami rzutem na taśmę wygrywało za trzy punkty. Analizując szczegółowo bilans meczów ONICO trzeba stwierdzić, że w obu rundach sezonu zasadniczego zagrało równo osiągając taki sam bilans meczów: 10 zwycięstw – 5 porażek. W pierwszej rundzie ONICO zdobyło 31 punktów, a w drugiej „tylko” 25 punktów. Różnica wynikała z faktu, że w pierwszej rundzie aż 9 razy ONICO wygrało za 3 punkty (6 razy 3:0, 3 razy 3:1) i tylko raz po tie-breaku, a do tego doszły 2 punkty za dwie porażki po pięciu setach. W drugiej rundzie ONICO tylko pięć razy wygrało za 3 punkty (2 razy 3:0, 3 razy 3:1) i aż pięć razy wygrało po tie-breaku. Wszystkie porażki w drugiej rundzie zakończyły się wynikiem 1:3.

Analizując zwycięstwa po tie-breaku w drugiej rundzie, zwraca uwagę fakt, że aż trzykrotnie ONICO prowadziło 2:1 i nie wykorzystało szansy na zwycięstwo za trzy punkty. O ile wygrana w takich okolicznościach nad mistrzem kraju – ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle jest zrozumiała, o tyle zwycięstwa nad Łuczniczką i najgorszą w sezonie drużyną Dafi Społem Kielce należy traktować jako stratę punktów. Podobnie, jak zwycięstwo po tie-breaku z Aluron Wartą Zawiercie, choć wtedy ONICO niespodziewanie przegrywało 1:2. Mecz z Czarnymi należy rozpatrywać z zupełnie innych kategoriach.

Mecze z Łuczniczką, Kielcami i Zawierciem, czyli z drużynami dolnej części tabeli, chluby siatkarzom ONICO nie przynoszą, ale ważniejsze, że stanowiły stratę punktów, tym bardziej, że ONICO grało w nich przed własną publicznością. Stratą punktów i rozczarowaniem był mecz w przedostatniej kolejce z Cuprum Lubin, gdy ONICO musiało wygrać, aby być pewnym awansu do czołowej „szóstki” a tymczasem gładko przegrało 1:3. Później okazało się, że wystarczyło przegrać 2:3. Niespodziewaną stratą punktów zakończył się też mecz 22. kolejki, który przerwał serię zwycięstw ONICO. Warszawianie sensacyjnie przegrali na wyjeździe z ostatnim wówczas w ligowej tabeli – BBTS Bielsko-Biała 1:3.

Co ciekawe, ONICO miało lepszy bilans meczów (20 zwycięstw – 10 porażek) niż zespoły, które wyprzedziły ją w ostatniej kolejce, czyli Asseco Resovia (19-11), Indykpol AZS Olsztyn (19-11) i Jastrzębski Węgiel (18-12). Co więcej, bilans setów także był na korzyść warszawian. O miejscu w tabeli decydowała liczba punktów, a nie liczba zwycięstw i bilans setów, dlatego w Warszawie przeżyto gorycz porażki. Bilans meczów z trzema klubami, z którymi ONICO walczyło o awans do play-off był korzystny dla warszawskiej drużyny (4 zwycięstwa – 2 porażki), a bilans meczów z czołową szóstką na remis (po 6 zwycięstw i porażek). Jedynym klubem, z którym ONICO nie wygrało w sezonie zasadniczym była Skra Bełchatów.

Jolanta Dolecka, prezes ONICO powiedziała m.in. „Na pewno nie powiem, że nic się nie stało i że to tylko sport. Bo zmarnowaliśmy wielką szansę na historyczny wynik.” (cyt. za „Przegląd Sportowy”). Trzy dni później Pani Prezes oraz wiceprezes i dyrektor sportowy – Paweł Zagumny… zostali zwolnieni z pełnionych stanowisk. Być może „Guma” poniósł konsekwencje za swoją wypowiedź: „Zaległości, które musieliśmy uregulować były tak duże, że nie jesteśmy w stanie podnieść budżetu na następny sezon.” (cyt. za: sport.pl)…

Szkoda siatkarzy ONICO, który mogli na poważnie namieszać w ligowej czołówce, ale prawa jest taka, że namieszali tylko w sezonie zasadniczym i to w ograniczonym zakresie. Pretensje mogli mieć tylko do samych siebie.

W kolejnym sezonie siatkarze ONICO nie popełnili tych samych błędów i wywalczyli historyczny, bo pierwszy, medal w rozgrywkach ligowych. ONICO dotarło do finału rozgrywek, w których trzykrotnie uległo ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle, choć w cieniu kontrowersji pierwszego meczu.

Źródło: własne, sport.pl, sportowefaktyw.pl.pl, plusliga.pl, polsatsport.pl. K. Drąg, Żal i smutek w stolicy, „Przegląd Sportowy” z dnia 16 kwietnia 2018 r., s. 18-19.

Iuri Medeiros – (jeszcze?) niespełniony talent

W sobotę 2 lutego 2019 r. w późnych godzinach wieczornych Sporting Lizbona poinformował o osiągnięciu porozumienia z Legią w sprawie wypożyczenia Iuri Meiderosa. Klub z Warszawy ociągał się z opublikowaniem komunikatu w tej sprawie, ale potwierdził to, o czym mówiło się od kilku dni.

Medeiros jest ofensywnym pomocnikiem, ale może także występować na środku ataku. Zdaniem portugalskich mediów kluby ustaliły, niebotyczną jak na polskie warunki klauzulę odstępnego w kwocie 6 mln euro i gwarancję 20% od następnego transferu.

Przebieg kariery

Iuri Medeiros urodził się 10 lipca 1994 r. Przygodę z futbolem zaczął w Sportingu Horta, klubie z rodzinnej miejscowości (piętnaście tysięcy mieszkańców) na wyspie Faial wchodzącej w skład Azorów. W wieku 11 lat przeniósł się do Sportingu, gdzie występował w drużynach juniorskich. W latach 2011-2012 trenerem Medeirosa w drużynie Sportingu do lat 19 był… Sa Pinto! Z czasem awansował do drugiej drużyny, w której spędził trzy sezony. W tym czasie w drugiej lidze portugalskiej (Ledeman Liga Pro) rozegrał 67 meczy, w których zdobył 12 bramek i miał 6 asyst.

Wiosną 2015 r. został wypożyczony do występującej w najwyższej klasie rozgrywkowej – FC Arouca, w której zagrał 17 meczy, zdobył 3 bramki i miał 5 asyst. Kolejne dwa sezony spędził na wypożyczeniach – 2015/2016 w Moreirense FC (29 meczy, 8 goli i 12 asyst, a we wszystkich rozgrywkach 10 goli i 13 asyst), a 2016/2017 w Boaviście Porto (27 meczy, 7 goli i 9 asyst). Dwa i pół roku gry w portugalskiej ekstraklasie na naprawdę dobrym poziomie (73 mecze, 18 goli, 26 asyst) musiało zaowocować powrotem do „Lwów”. Kontrakt Medeirosa ze Sportingiem został przedłużony do 2022 r., a klauzula odstępnego określona na poziomie… 60 milionów euro.

Jesień 2017 r. niestety potwierdziła, że pierwsza drużyna Sportingu to zbyt wysokie progi dla Medeirosa. W portugalskiej ekstraklasie rozegrał 6 meczy (miał asystę) i wystąpił w jednym meczu rezerw. Wiosną 2018 r. Genoa CFC wypożyczyła piłkarza na osiemnaście miesięcy za jeden milion euro, zaciekle walcząc o wypożyczenie z pewnie kroczącym do Premier League – Wolverhamptonem. Medeiros zagrał w jedenastu meczach, w których zdobył dwa gole i miał jedną asystę. Jesienią 2018 r. w trzech meczach przebywał na boisku zaledwie 170 minut. Na skrzydle trenerzy chętniej stawiali na Pedro Pereirę i Romulo, a wśród napastników zdecydowanie dominowali Kouame, Piątek i Pandev. W efekcie Włosi zdecydowali się skrócić wypożyczenie.

Medeiros przychodził do Legii mając na swoim koncie 160 ligowych meczy na pierwszym i drugim poziomie rozgrywkowym, w których wystąpił 11.098 minut (średnio 69 minut). Wykręcił całkiem niezłe statystki – 32 bramki, 34 asysty, 28 żółtych kartek i 1 czerwona.

Radość Iuri Medeirosa po jednym z goli dla Legii.

Źródło: kicker.de.

Reprezentacja

W 2015 r. z kadrą do lat 21 zdobył srebrny medal mistrzostw Europy. Jego kolegami w kadrze byli m.in. przyszli mistrzowie Europy – Joao Mario, William Carvalho i Raphael Guerreiro. W 2016 r. Medeiros znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro, ale boisku nie pojawił się. Rok później wystąpił w dwóch meczach rozgrywanych w Polsce Mistrzostw Europy do lat 21. Medeiros wystąpił łącznie w 57 meczach portugalskiej reprezentacji od U15 do U21.

Charakterystyka

Ricardo Granada, dziennikarz portugalskiego dziennika „Record” opisuje Medeirosa w następujący sposób: „Od młodego wieku Medeiros był uważany nie tylko za jeden z największych talentów w młodzieżowych zespołach Sportingu, ale w ogóle w całej Portugalii. Grał regularnie dla reprezentacji młodzieżowych aż do U-21, spodziewano się po nim bardzo wiele (…) Teraz, gdy ma 24 lata, myślę że można mówić o nim w kategorii niespełnionego talentu. Wszyscy spodziewali się, że nastąpi wybuch jego potencjału, ale trwa to dłużej niż zakładano. Słyszałem opinie, że mógłby bardziej przykładać się do bycia piłkarzem (…) Nie jest szczególnie silnym zawodnikiem, ma też tendencję do znikania w meczach. Nie jest szczególnie regularny.” (cyt. za: weszlo.com).

Ostatnią część wypowiedzi, niestety dla piłkarza, jak i dla Legii, potwierdził Miguel Leal, trener, pod wodzą którego Iuri Medeiros przeżywał najlepszy okres w karierze w latach 2015-17 – „Dobry zawodnik, ale czasami śpi na boisku (…) Największym problemem Medeirosa jest mentalność. Bywa, że nie przykłada się do treningów. Potrzebuje trenera, który go zna, często z nim rozmawia i psychicznie go wspiera. Czasami szkoleniowcy nie mają czasu, by poświęcić mu tyle uwagi, ile potrzebuje. U mnie grał dobrze, bo często z nim rozmawiałem (…) jest raczej nieśmiały, ale na boisku pewny siebie.” (cyt. za: onet.pl).

Medeiros w wywiadzie dla oficjalnej strony internetowej Mistrzów Polski powiedział, że przychodzi od Legii zdobyć mistrzostwo i Puchar Polski, a indywidualnie chce zrealizować cel w postaci strzelenia minimum dziesięciu goli do końca sezonu. Jako swoje mocne strony ocenił dobry strzał i skuteczny drybling.

Rozdział pod tytułem „Legia”

Medeiros był piątym Portugalczykiem w kadrze Legii, a czwartym sprowadzonym przez portugalskiego trenera Sa Pinto. Opiekun mistrzów Polski sprowadził do Warszawy takich piłkarzy jak – Andre Martins, Salvador Agra i Luis Rocha. Przed jego przyjściem w kadrze już znajdował się Cafu. Co ciekawe, podczas zgrupowania w Troi (jeszcze przed wypożyczeniem Medeirosa) Sa Pinto zapewniał portugalskie media, że wcale nie tworzy portugalskiej kolonii i nie zależy mu na sprowadzaniu rodaków.

Medeiros przychodzi do Warszawy z dużymi nadziejami na powrót do regularnej gry. Twierdzenie jednak, że „od przyjścia Vadisa do Legii polskiego klubu nie zasiliło głośniejsze nazwisko (nie licząc emeryta Eudardo)” (cyt. weszlo.com) było mocno na wyrost. W Legii zawiódł. Rozegrał 14 ligowych meczy (3 gole) i jeden w Pucharze Polski. Nie wywalczył ani mistrzostwa ani Pucharu Polski, a indywidualnie też nie spełnił oczekiwań. Po zmianie trenera z Sa Pinto na Aleksandara Vukovicia, Portugalczyk otrzymywał szanse na grę. „Vuko” zarzucał mu jednak brak zaangażowania, czego najlepszym przykładem było zdjęcie Medeirosa już w 32 minucie meczu 35. kolejki z Pogonią Szczecin (1:1). W dwóch ostatnich meczach młody Portugalczyk już nie zagrał, a podobno do tej decyzji przyczyniło się jego zachowanie na treningu. Medeiros nie pasował więc do koncepcji „Vuko” zakładającej, że drużynę tworzą piłkarze, którzy mają „zapierd…..”.

Legia nie podjęła jakichkolwiek negocjacji ze Sportingiem w sprawie wykupienia Medeirosa za mniejsza kwotę niż wspomniane 6 mln euro. Portugalczyk pokazał, że ma spore umiejętności, zwłaszcza jeśli chodzi o grę lewą nogą, ale długimi okresami w meczach, w których występował, był po prostu niewidoczny. Wyglądał jakby szybko się zniechęcał i brakowało mu zaangażowania.

Co dalej?

Na umiejętności Portugalczyka skusiła się występująca w 2. Bundeslidze Norymberga, płacąc promocyjną kwotę 2 mln euro. Trudno jednak, żeby była zadowolona z takiej promocji, skoro Medeiros wystąpił w 9 ligowych i 2 pucharowych meczach nie zaliczając w nich ani bramki ani asysty. Dokonania Portugalczyka muszą zamknąć (przynajmniej teraz) usta krytykom, którzy liczyli na dalszą jego grę w Legii. Medeiros ma jednak talent, który chyba nie jest poparty ciężką pracą na treningach.

Źródła: własne, 90minut.pl, legionisci.com, legia.com, sport.pl, weszlo.com, onet.pl, przegladsportowy.pl, transfermarkt.pl, kicker.de.